Granice strachu. Jak polityka Donalda Trumpa chłodzi światowe podróże

Lotnisko

Źródło: Shutterstock

Jeszcze rok temu branża turystyczna w USA zacierała ręce. Kalendarz pękał w szwach od wydarzeń, które miały przyciągnąć miliony gości z całego świata. Setne urodziny Drogi 66, 250-lecie amerykańskiej niepodległości, mundial FIFA rozgrywany na kilku kontynentach. Brzmiało jak gotowy przepis na turystyczny boom.

I wtedy przyszła polityka. Twarda, głośna i bezkompromisowa.

Dziś właściciele hoteli w Nowym Jorku i Los Angeles mówią wprost: rezerwacje z zagranicy topnieją. Linie lotnicze korygują siatki połączeń. Touroperatorzy nerwowo śledzą wiadomości. Bo w świecie, w którym nagłówki zmieniają się szybciej niż rozkłady lotów, nikt nie chce ryzykować urlopu, który może zamienić się w koszmar na granicy.

„Czy ja w ogóle wrócę?”

Od momentu powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu w styczniu 2025 roku lista kontrowersji tylko się wydłużała. Nowe cła na sojuszników. Groźby pod adresem Kanady. Zatrzymania turystów na lotniskach. Masowe deportacje. I zapowiedzi dokładnego prześwietlania mediów społecznościowych cudzoziemców jeszcze przed wydaniem zgody na wjazd.

„Zaczęłam się zastanawiać, czy mój wpis sprzed czterech lat nie zostanie źle zinterpretowany” – mówi Anna z Berlina, która odwołała wyjazd do Chicago. – „To absurd, ale strach wygrał”.

Podobnych historii jest więcej. Dużo więcej.

USA liczy straty. I to konkretne

Według raportu World Travel & Tourism Council, przygotowanego wspólnie z Oxford Economics, Stany Zjednoczone tylko w 2025 roku straciły około 12,5 miliarda dolarów z tytułu wydatków zagranicznych turystów. Co więcej – były jedynym krajem na świecie, dla którego prognozowano spadek wpływów z turystyki międzynarodowej.

„Podróż do USA, kiedyś marzenie, dziś bywa odbierana jak manifest polityczny” – zauważa Sarah Kopit z portalu Skift. – „Dla wielu to już nie przyjemność, a ryzyko”.

Badania cytowane przez Skift pokazują, że aż 46 proc. ankietowanych deklarowało mniejszą chęć odwiedzenia Stanów Zjednoczonych właśnie ze względu na Donalda Trumpa. Bez owijania w bawełnę.

Źródło: X / @jburnmurdoch

Efekt domina. Strach wychodzi poza USA

Początek 2026 roku tylko dolał oliwy do ognia. Naloty w Caracas, schwytanie Nicolása Maduro i deklaracja, że Waszyngton będzie „zarządzać” Wenezuelą, odbiły się echem daleko poza Ameryką Łacińską. Do tego powrót rozmów o przejęciu Grenlandii oraz ostra retoryka wobec Kuby, Iranu, Kolumbii i Meksyku.

I nagle pytanie brzmi już nie tylko: „Czy lecieć do USA?”
Coraz częściej: „Czy bezpiecznie jest lecieć gdziekolwiek, gdzie USA mają interes?”

„Telefony dzwonią rzadziej” – przyznaje Jesús Noguera z hawańskiego biura Cuba Careo Tours. – „Ludzie pytają, czy na Kubie nie wybuchnie konflikt. Nikt się tego nie spodziewał jeszcze kilka miesięcy temu”.

Percepcja ważniejsza niż fakty

To paradoks, który branża turystyczna zna aż za dobrze. Nie zawsze liczą się realne zagrożenia. Liczy się atmosfera. Nagłówki. Wrażenie chaosu.

Jeszcze niedawno Światowe Forum Ekonomiczne uznało USA za najlepszy kierunek turystyczny świata. Dziś coraz więcej podróżnych mówi wprost: „To nie jest warte stresu”.

„Turystyka to emocje. A emocje są dziś negatywne” – komentuje BBC. – „Strach wygrywa z ciekawością”.

Źródło: redlegsfan21, CC BY-SA 2.0, flickr

Podróż jako deklaracja

W świecie, w którym polityka wchodzi do walizek, a paszport staje się pretekstem do przesłuchań, podróżowanie przestaje być niewinne. Dla jednych to nadal przygoda. Dla innych – ryzyko, na które nie chcą się godzić.

A Ty?
Czy wsiadłbyś dziś do samolotu do kraju, który jeszcze wczoraj był turystycznym marzeniem, a dziś budzi niepokój? Czy podróż naprawdę stała się aktem politycznym?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *