Grenlandia to nie łup. Kopenhaga mówi „dość” Trumpowi

Donald Trump

Źródło: Pete Marovich / Stringer / Getty Images

Wystarczyło kilka słów Donalda Trumpa, by dyplomatyczna cisza pękła jak szkło. W wywiadzie dla „The Atlantic”, opublikowanym 4 stycznia, prezydent USA stwierdził, że Stany Zjednoczone „absolutnie potrzebują Grenlandii” i nie wykluczył kolejnych interwencji militarnych wobec innych państw. Dla wielu zabrzmiało to jak polityczna fantazja. Dla Danii – jak realne zagrożenie.

Frederiksen bez dyplomatycznych rękawiczek

„Muszę powiedzieć to Stanom Zjednoczonym bardzo wprost” – tym zdaniem premier Danii Mette Frederiksen rozpoczęła oświadczenie opublikowane późnym wieczorem. Już wtedy było jasne, że nie będzie to standardowa, wygładzona wypowiedź dla mediów.

„Mówienie o potrzebie przejęcia Grenlandii przez Stany Zjednoczone nie ma absolutnie żadnego sensu. Stany Zjednoczone nie mają żadnego prawa do aneksji któregokolwiek z trzech krajów wchodzących w skład Królestwa Danii” – podkreśliła.

W Kopenhadze słowa premier wywołały poruszenie. Jak relacjonują dziennikarze, to był moment, gdy nawet doświadczeni komentatorzy spojrzeli po sobie z niedowierzaniem. Tak twardej odpowiedzi wobec Waszyngtonu dawno nie było.

Źródło: X / @JorgeLiboreiro

NATO, sojusze i twarde fakty

Frederiksen przypomniała coś, co – jej zdaniem – w amerykańskiej debacie umyka zaskakująco często. Dania, Grenlandia i Wyspy Owcze są częścią NATO. To nie luźna deklaracja, a konkretne zobowiązania bezpieczeństwa.

Co więcej, USA już dziś korzystają z szerokiego dostępu do Grenlandii na mocy dwustronnego porozumienia obronnego. Amerykańskie bazy, infrastruktura, obecność wojskowa – wszystko to już istnieje.

„USA mają to, czego potrzebują. Bez gróźb. Bez podważania suwerenności” – komentował w duńskiej telewizji TV2 politolog Lars Trier Mogensen. „To, co słyszymy z Waszyngtonu, brzmi bardziej jak presja niż dyplomacja”.

„Nie jesteśmy na sprzedaż”

Kulminacja oświadczenia Frederiksen była równie bezpośrednia, co jego początek.

„Zdecydowanie wzywam Stany Zjednoczone, aby przestały grozić historycznie bliskiemu sojusznikowi oraz innemu krajowi i narodowi, które bardzo jasno dały do zrozumienia, że nie są na sprzedaż” – napisała premier.

To zdanie błyskawicznie obiegło media społecznościowe. Wielu Duńczyków pisało wprost: „W końcu ktoś powiedział to głośno”.

Mapa, flaga i jedno słowo: „SOON”

Gdy wydawało się, że emocje powoli opadają, dolała oliwy do ognia Katie Miller – była urzędniczka administracji Trumpa i żona obecnego zastępcy szefa personelu Białego Domu Stephena Millera. Wrzuciła do sieci mapę Grenlandii w barwach amerykańskiej flagi. Podpis? Krótkie, prowokacyjne „SOON”.

Internet oszalał. Jedni uznali to za żart bez smaku. Inni – za symbol politycznej arogancji.

„To był moment, gdy nawet spokojni Grenlandczycy poczuli niepokój” – mówi w rozmowie z EURACTIV lokalny dziennikarz z Nuuk. „Ludzie pytają: czy ktoś naprawdę myśli, że można nas po prostu wziąć?”

Specjalny wysłannik i jeszcze więcej pytań

Kilka tygodni wcześniej Trump mianował specjalnego wysłannika ds. Grenlandii. Został nim gubernator Luizjany Jeff Landry, który nie ukrywał entuzjazmu.

„To zaszczyt móc służyć w tej wolontariackiej roli, aby uczynić Grenlandię częścią Stanów Zjednoczonych” – napisał, obejmując stanowisko.

W Nuuk, Kopenhadze i Brukseli reakcja była jedna: konsternacja. „To dyplomatyczny absurd” – przyznał jeden z unijnych urzędników. „Tak nie rozmawia się z sojusznikami”.

Źródło: democracynow.org

Co dalej z Grenlandią?

Czy Waszyngton cofnie się o krok? Czy twarda postawa Danii ostudzi zapędy administracji Trumpa? A może to dopiero początek większego sporu o Arktykę, bezpieczeństwo i globalne wpływy?

Jedno jest pewne: Grenlandia znów znalazła się w centrum światowej polityki. I nikt na północy nie ma wątpliwości – stawka jest znacznie większa niż jedna wyspa.

A Ty co o tym myślisz? Czy to tylko polityczne show, czy realne zagrożenie dla europejskiego porządku?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *